Co łączy badanie przyczyn katastrof Airbusa i Tupolewa? Nic!

Wyjaśnianie okoliczności niedawnej tragedii Airbusa niemieckich tanich linii lotniczych Germanwings odbywa się w o wiele poważniejszej atmosferze, niż trwające od pięciu lat badanie przyczyn katastrofy rządowego Tupolewa 154 M nr 101, w której zginęło 96 przedstawicieli polityczno-wojskowej elity Rzeczpospolitej z urzędującym prezydentem na czele. Jest mi przykro. Nie tylko dlatego, że moje Państwo dalej się kompromituje.

I znów nie uda się poważnie porozmawiać o przyczynach katastrofy smoleńskiej. Głos zabrali kolejno prokuratorzy wojskowi , mecenas Roman Giertych, poseł Antoni Macierewicz i Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej. W kilka dni po rozbiciu przez szaleńca pełnego pasażerów samolotu we francuskich Alpach mamy już przykrą pewność. Wyjaśnianie przyczyn tragedii Airbusa A320 niemieckich tanich linii lotniczych Germanwings odbywa się w o wiele poważniejszej atmosferze, niż badanie okoliczności katastrofy rządowego Tupolewa 154 M nr 101, w której zginęło 96 przedstawicieli polityczno-wojskowej elity Rzeczpospolitej z urzędującym prezydentem na czele.

Już po 48 godzinach od śmierci 150 pasażerów i członków załogi Airbusa lecącego z Barcelony do Dusseldorfu francuscy śledczy i prezesi Germanwings oraz Lufthansy potwierdzili, że drugi pilot zamknął się sam w kabinie i z premedytacją rozbił maszynę o alpejskie zbocze. Że kapitan dobijał się do drzwi kabiny. Że usiłował je wyłamać, aby powstrzymać desperata. Co od 10 kwietnia 2010 r. ustaliła Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie? Że według kolejnej ekspertyzy kolejni biegli „wskazują, że istnieją okoliczności, które wskazują na obecność dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie lub w jego pobliżu” polskiego Air Force One.

Zwróciliście Państwo uwagę na to, jak cały zarząd niemieckiego taniego przewoźnika lotniczego gęsto się tłumaczy po wtorkowej tragedii? Że zrobili wszystko, aby piloci Germanwings siadali za sterami w pełni przygotowani i sprawni? Że także pilot Andreas Lubitz przeszedł wszystkie szkolenia, badania i miał wszelkie wymagane uprawnienia? W piątek polscy prokuratorzy wojskowi powtórzyli to, co wiadomo od blisko pięciu lat – z czterech członków załogi rządowego Tupolewa trzech w dniu lotu do Smoleńska nie miało 10 kwietnia 2010 r. prawa wejść do kokpitu! Dowódca samolotu i drugi pilot utracili wcześniej uprawnienia do latania na Tu-154 M, zaś nawigator nie miał ich w ogóle.

Czy słyszeliście Państwo, żeby ktoś się tłumaczył jak to było możliwe? Czy naprawdę nikt nie zauważył, że bałagan związany z przelotami VIP-ów w Polsce zaczął narastać wiele lat przed tragicznym lotem do Smoleńska? Że na niespełna dwa lata przed tą katastrofą w geście protestu z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego odeszli jego dowódcy i najbardziej doświadczeni piloci? Że w dniu katastrofy ani dowódca ani zastępca dowódcy tej jednostki nie mieli uprawnień do latania na Tu-154? Nawet nieaktualnych! Że do tej sytuacji doszło pod okiem cywilnej kontroli na armią sprawowanej przez MON oraz Kancelarie Premiera i Prezydenta? Czy nikt nie przeczytał raportu gen. Krzysztofa Załęskiego, krótko dowodzącego po katastrofie smoleńskiej Siłami Powietrznymi, opisującego jak politycy wszystkich partii przez lata lekceważyli ostrzeżenia wojskowych?

Odpowiedzi na te i wiele innych oczywistych pytań w ciągu ostatnich pięciu lat nie padły. Prokuratura znalazła za to dwóch kolejnych podejrzanych – rosyjskich kontrolerów wojskowych, którzy mieli nieumyślnie przyczynić się do tragedii. Już w trakcie konferencji prasowej prokuratury refleksem na portalu społecznościowym popisał się mecenas Roman Giertych. Zapowiedział, że w imieniu reprezentowanych przez siebie rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej wystąpi o odszkodowania od rosyjskiego rządu. Wcześniej był wicepremierem rządu który też nie zrobił nic, by tej tragedii zapobiec. Warto przypomnieć, że polski MON takie odszkodowania, jakich teraz mecenas Giertych chce dla swoich klientów od Rosji, dawno już wypłacił. A Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej natychmiast odpowiedział polskiej prokuraturze wojskowej, że (tłumacząc na polski potoczny) może spadać z zarzutami wobec rosyjskich kontrolerów na najbliższą brzozę.

Nie rozczarował także poseł Antoni Macierewicz, zarzucając prokuratorom wojskowym, że piątkowa konferencja to polityczne działanie związane z kampanią wyborczą. Ustalenia prokuratury, według której bezpośrednimi przyczynami katastrofy smoleńskiej były kardynalne błędy popełnione przez załogę, skontrował swoją teorią o „wybuchu w powietrzu”. Pokazał zdjęcia części maszyny, które jego zdaniem mają tego dowodzić. – Bo ja to widzę! Pytałem kobiety, także w pani wieku i one tu widzą osmalenie – tłumaczył jednej z dziennikarek na konferencji prasowej. Działo się to w Sejmie RP.

Jest mi przykro. Nie tylko dlatego, że moje Państwo dalej się kompromituje. Także dlatego, że 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie smoleńskiej zginęło wielu ludzi, których dobrze znałem i ceniłem. A kilku z nich zwyczajnie lubiłem.
Trwa ładowanie komentarzy...