Manewrujące loty Tomahawków polskiej wiosny bezpieczną nie czynią…

Tegoroczna wiosna objawia się nie tylko tradycyjnie i fajnie, czyli dłuższymi dniami i krótszymi spódnicami dziewcząt, ale także oryginalnie i groźnie - zagłuszającym trele ptaków warkotem wojennych werbli. Larum grają jak opętani! Wszyscy wokół straszą rosyjskim zagrożeniem. Najbardziej przerażeni są ci, którzy najlepiej zdają sobie sprawę z tego jak dziurawy jest system obronny Rzeczpospolitej. I ci właśnie krzyczą dziś najgłośniej, żeby przypadkiem nikomu nie zaświtał pomysł pytania ich, dlaczego do tego doprowadzili.

Lista wieloletnich zaniedbań oraz złych bądź niepodjętych decyzji, których efektem są białe plamy na mapie OBECNYCH, a nie obiecywanych w mglistej przyszłości, zdolności polskiej armii, jest długa. Dlatego Siły Zbrojne RP dziś nie przypominają sprawnego, chętnego do bitki rekruta z kategorią zdrowia A. Upodobniono je do pozbawionego kilku podstawowych narządów i zmysłów inwalidę. Obecne możliwości obronne państwa upośledza m.in. brak obrony terytorialnej i sprawnego systemu mobilizacji rezerwistów.

Stare i mądre przysłowie mówi o tym, że wojnę zaczynają zawodowcy a kończą rezerwiści. Poza tym, kiedy wybucha wojna na całego, tyłków walczących na pierwszej linii wojsk operacyjnych, czyli żołnierzy zawodowych, powinni pilnować żołnierze jednostek terytorialnych. To prawdy oczywiste, o których politycy sprawujący w Polsce cywilną kontrolę nad obronnością i najwyżsi dowódcy wojskowi po prostu „zapomnieli”. I dalej chodziliby z siebie zadowoleni, powtarzając jaka ta nasza armia jest ”cacy”, gdyby Władimirowi Władymirowyczowi Putinowi nie wpadł do głowy pomysł przeprowadzenia hybrydowych wojenek na Ukrainie. I to wyłączna zasługa tego złego człowieka z Kremla, że w Polsce przypomniano sobie, że armia służy nie tylko to marnowania pieniędzy, defilad i umacniania demokracji w dalekim Afganistanie, ale także do bardziej przyziemnych zadań. Takich, jak skuteczna obrona kraju.

I dlatego na politycznych i wojskowych salonach zapanowała panika. Jednym z jej przejawów będzie próba alarmowego powołania 500 rezerwistów na ćwiczenia przez jedną z jednostek. Nie robionego tego u nas od siedmiu lat, kiedy radośnie ogłoszono przejście z armii poborowej na zawodową. Żeby jednak nie było za poważnie, to ćwiczebne powołanie rezerwistów poprzedziły kontrolowane przecieki do mediów. Ale mimo tego zakończy się to kompletną klapą. Okaże się, że wielu rezerwistów nie odbierze wezwań. Nawet nie tylko dlatego, że nie chcą bronić Ojczyzny. Niemało takich, którzy zmienili adresy. Często na brytyjskie, niemieckie lub norweskie, o czym nawet najbłyskotliwsi majorzy z Wojskowych Komend Uzupełnień pojęcia nie mają.

To nic, że mamy XXI wiek i technika dała nam Internet i telefonię komórkową do szybkiej komunikacji. Nasza armia rozsyła wojenne wici pocztą (Boże broń, żeby elektroniczną!) lub przez sołtysów. Ale nie martwmy się. Przecież, jak wszystko dobrze pójdzie, już za siedem lat odbierzemy Tomahawki. Wicepremier Siemoniak już poprosił Amerykanów (oczywiście listownie), żeby łaskawie zgodzili się je nam sprzedać! Może sprzedadzą. Może nawet 24 sztuki. Ale wtedy Putin będzie mógł nam skoczyć!
Trwa ładowanie komentarzy...